logowanie
rejestracja
Dubravka Ugrešić: „Życie jest bajką”
Eduardo Mendoza: "Niewinność zagubiona w deszczu"
Odkryj Tunezję
Szymon Hołownia: "Ludzie na walizkach"
Kacper Śledziński: "Czarna kawaleria"
To podstępna choroba
Karina Sieradzka
28 lipca 2011 17:22, aktualizacja 28 lipca 2011 19:28
Rozmowa z dr Wojciechem Kreisem, kardiologiem, ordynatorem oddziału kardiologicznego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku
Dlaczego nasze odżywianie ma takie duże znaczenie dla zdrowia?
Choroba nazywana ogólnie miażdżycą występuje w różnych formach: choroby niedokrwiennej serca, zawału serca, choroby niedokrwiennej mózgu, choroby niedokrwiennej w zakresie tętnic kończyn obwodowych. To jest bardzo podstępna choroba. Według opinii naukowców zaczyna się ona nawet już na samym początku naszego życia. Dostajemy na przykład wysokoprocentowe odżywki tłuszczowe, mleko które nie jest mlekiem matki zawierające dużo tłuszczu. Wtedy pierwsze poziomy lipidów zaczynają się odkładać w naszych naczyniach. A, niestety, proces miażdżycowy jest takim procesem, że raz rozpoczęty trwa już nieuchronnie, niezależnie od tego czy zaczął się teraz czy 20 lat temu. On cały czas postępuje.
Nie da się go zatrzymać?
Na dzień dzisiejszy nie potrafimy tego zrobić, możemy go jedynie troszeczkę zwolnić za pomocą leków. I to robimy w przypadku pacjentów po zawale serca. I to zostało już nawet zmierzone, wiemy że przynosi konkretny efekt. Daje to korzyść w postaci wydłużenia życia, zwiększenia komfortu życia.
Skoro to taka podstępna choroba, to jak ją rozpoznać? Czy są jakieś objawy, które powinny szczególnie wzmocnić naszą czujność?
Objawów jest bardzo wiele. Typowe, które mogą dość szybko nasunąć podejrzenie że mamy do czynienia właśnie z tą chorobą, to ból w okolicy serca, który ma charakter raczej gniotący. W początkowym okresie może być on troszkę zależny od wysiłku, stresu, emocji. Ale jeżeli ten ból nieprzerwanie trwa co najmniej 15 minut, powinien wzbudzić dość duże podejrzenie że mamy do czynienia z chorobą niedokrwienną serca.
Czy to wystarczający powód, żeby wzywać pogotowie?
Myślę, że taki objaw z punktu widzenia zdrowia i życia człowieka jest ważniejszym objawem niż ból nogi czy gorączka. Od gorączki dość mało ludzi umiera w dzisiejszych czasach, natomiast z powodu nierozpoznanego bólu w klatce piersiowej bardzo wielu ludzi umiera, nie docierając w ogóle do pomocy medycznej.
„Objawów jest bardzo wiele. Typowe, które mogą dość szybko nasunąć podejrzenie że mamy do czynienia właśnie z tą chorobą, to ból w okolicy serca”
Czy są jeszcze jakieś inne objawy?
Ból w klatce piersiowej to objaw podstawowy. Ale mogą też być bardzo nietypowe objawy. Na przykład tylko ból lewej ręki, utrzymujący się, nie mający żadnego związku z pozycją ręki. To zawsze wymaga szczegółowego zbadania przez lekarza. Podobnie jest z bólami promieniującymi do szczęki i do żuchwy. To też bóle dosyć typowe dla choroby niedokrwiennej serca. Pojawienie się takiego objawu jak duszności przy wysiłkach również powinno skłaniać pacjenta do skierowania swoich kroków do kardiologa. To jeden z najwcześniejszych objawów choroby niedokrwiennej serca. Jeżeli pacjent stwierdza, że w ciągu ostatniego miesiąca był w stanie wyjść na drugie piętro, a teraz nie jest w stanie wyjść, to jest to dość poważny sygnał mimo braku bólu. Trzeba dodać, że często występuje u pacjentów zaostrzenie objawów na kilka tygodni przed rozwijającym się zawałem.
Z czego to wynika?
Zawał to choroba polegająca na zamknięciu jakiejś tętnicy przez zakrzep. A żeby się ten zakrzep stworzył w naczyniu, musi najpierw powstać tak zwana pęknięta niestabilna blaszka miażdżycowa. I to pęknięcie w stosunku do zawału jest najczęściej wyprzedzające o wiele, wiele dni. Czasami dzięki pewnym przypadkowym zdarzeniom, jak na przykład wypicie niewielkiej ilości alkoholu, dochodzi w początkowych okresach do rozpuszczenia zakrzepu. Natomiast jeżeli pęknięta blaszka nie ustabilizuje się, zaczyna mieć zdecydowanie mniejsze właściwości aterogenne, nie tworzy się już w tym miejscu zakrzep. Wtedy choroba wygasa, przynajmniej na jakiś okres. Ale jeżeli tak się nie stanie, nadal jest więcej procesów prozakrzepowych, to w końcu dochodzi do narastania zwężenia w tętnicy, czego finalnym objawem jest zawał mięśnia sercowego. Czyli zakrzep powoduje zamknięcie całkowite światła naczynia i przerwanie przepływu krwi. Jeżeli to się odbywa w długim planie czasowym, to organizm zaczyna pewne mechanizmy obronne włączać. Czasami nawet bardzo mały obszar niedokrwiony może powodować główną przyczynę zgonów, czyli zaburzenia rytmu serca. Bo główna przyczyna, z jakiej dziś pacjenci umierają na zawał serca to migotanie komór bądź częstoskurcz komorowy, który powoduje że serce pracuje niewydolnie i dochodzi do rozwoju wstrząsu kardiogennego. Najbardziej dramatycznego, jeżeli chodzi o serce.
A czy może się zdarzyć, że organizm nie sygnalizuje niebezpieczeństwa?
Są pacjenci, którzy ze względu na swoje schorzenie dość częste i poważne – cukrzycę – nie odczuwają w typowy sposób bólu. U takich pacjentów diagnostyka jest jeszcze trudniejsza w oparciu o wywiad. Taki pacjent może twierdzić, że się zupełnie dobrze czuje. A wykonanie badań takich jak test wysiłkowy czy badanie EKG ujawnia już poważne zaburzenia.
Czy to znaczy, że każdy z nas, tak na wszelki wypadek, powinien raz na jakiś czas zgłosić się do kardiologa?
W warunkach w jakich żyjemy - pewnego dosyć dramatycznego ograniczenia dostępności do świadczeń zdrowotnych - byłoby to trudne do zrealizowania. Ale myślę, że taki program profi laktyki chorób układu krążenia to powinien być przede wszystkim dobry lekarz rodzinny, który stopniowo skupiając się na pewnej grupie pacjentów będzie w stanie wyselekcjonować tych wysokiego ryzyka. Takich pacjentów lekarz rodzinny rzeczywiście powinien wysłać do kardiologa.
Zawał serca często zdarza się jednak osobom, które do lekarza rzadko zaglądają, a u kardiologa nigdy w życiu nie były. Bo nie miały takiej potrzeby.
Pacjenci, którzy częściej się skarżą na różne dolegliwości, są statystycznie częściej badani, szybciej trafiają przez sita przesiewu pacjentów do specjalistów. To często hipochondrycy. Ale ci pacjenci, którzy deklarują, że są wiecznie zdrowi też wydaje mi się, że popełniają błąd. Trzeba się co jakiś czas sprawdzać. To niestety nie chroni nas przed zawałem serca. Ale zmniejsza pewne prawdopodobieństwo, że nam się to może zdarzyć. Choć oczywiście są pacjenci, u których w żaden sposób nie byliśmy w stanie doszukać się żadnych czynników ryzyka, a którzy trafiali na nasz oddział z potężnymi zawałami. To nie jest niestety taka choroba, która byłaby jak alfabet, gdzie wiemy co się dzieje między A i Z. To jest, póki co, jedna z przyczyn ogromnego niepowodzenia leczenia przedszpitalnego. Ludzie nie rozpoznają choroby, trwa to na przykład 3-4 dni i dopiero potem w stanie ciężkim trafiają do szpitala.
Czy jest jakiś przedział wiekowy zachorowań na chorobę niedokrwienną serca?
Sama choroba niedokrwienna serca i zawał serca nie mają jakiegoś specyficznego przebiegu statystycznego, który wskazywałby, że w jednej grupie wiekowej zachorowań jest mniej a w drugiej więcej. Oczywiście zachorowań jest mniej w młodszej grupie wiekowej. Ale jeżeli już idziemy trochę głębiej w roczniki pacjentów to właściwie nie ma reguł. Im człowiek starszy, tym prawdopodobieństwo zachorowania jest wyższe. Na przykład w tej chwili na naszym rybnickim oddziale przebywa pacjent, który ma zaledwie 33 lata. Jest po dużym zawale serca, trochę na własne życzenie. Nie dbał o swoje zdrowie, dużo palił, nie leczył różnych dolegliwości. Wszelkie ogniska zapalne w organizmie, które mogą wystąpić, u niego występują, jak chociażby nieleczone zęby. Z dietą też szczególnie dobrze u niego nie było. To najlepszy dowód, że pewne czynniki powodują, że choroba może wystąpić o wiele szybciej niż by się można spodziewać.
Dr Wojciech Kreis jest kardiologiem, ordynatorem oddziału kardiologicznego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Absolwent Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w 1987 roku. W latach 1987-2005 pracował w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Jest stypendystą Niemieckiego Biura Wymiany Akademickiej, w ramach którego w latach 1994 i 2002 prowadził pracę naukową na Uniwersytecie w Monachium.